Łazik Gawędziarz, prowadzący podkast Co tam? Jak tam? opowiedział mi historię o tym jak wybrał się najpierw taksówką bagażową z Legnicy do Zgorzelca, a później siup rowerem do Paryża. 

W tym odcinku dowiesz się o tym jak kondycji nabiera się podczas wyprawy, czy wystarczy zabrać ze sobą 80EUR i że Niemcy mają góry. 

Łazik polecał: 
Strona: Couch surfing: https://www.couchsurfing.com
Strona: Warm Showers: https://www.warmshowers.org

Transkrypcja odcinka o podróży rowerem do Paryża:

Piotr: Przejechałeś od mostu w Zgorzelcu prosto pod wieżę Eiffla w Paryżu. To jest 2235 km.

Łazik Gawędziarz:  To jest moje największe rowerową osiągnięcie. Moje i Doroty czyli mojej drugiej połowy. Zaczęło się od tego, że kilka lat temu wpadłem na taki szalony pomysł wyjazdu rowerowego na zachód europy. Nie miałem konkretnego celu a Dorota zamiast wybić mi to z głowy zaczęła pakować się ze mną. Potem to po prostu się wydarzyło. Nie mieliśmy większego pojęcia o wyprawach rowerowych, w zasadzie nie mieliśmy żadnego pojęcia o dalekich wyprawach. Dorota jeździła tylko na miejskim rowerze, składaku i to po niewielkim miasteczku. Moje doświadczenie było nieco większe, ponieważ więcej jeździłem po mieście i robiłem też takie wycieczki za miasto. To wszystko były wyprawy jednodniowe, krótko dystansowe. Maksymalnie jechałem kilkadziesiąt kilometrów dziennie, tego nie dało się w żaden sposób porównać do wyprawy którą planowaliśmy.

Piotr: Czyli dwójka osób jeżdżących rekreacyjnie nagle wsiadła na rowery i pojechała na zachód, aby zobaczyć świat.

Łazik: Plan mieliśmy taki, aby pojechać przez Europę nocując na dziko pod namiotem. W miarę możliwości chcieliśmy też korzystać z gościnności ludzi. Teraz jest to dosyć proste, ponieważ można korzystać z serwisów takich jak Couch Surfing oraz Warm Showers.

Pierwszy jest serwisem skierowaną do wszystkich podróżników w a drugi dedykowany tym którzy podróżują rowerem. Drugi jest o tyle lepszy, że podróżując rowerem, kiedy jesteśmy zmęczeni, często nie mam ochoty na to, aby wieczorem iść na imprezę, czy spędzać czas z osobami, które udostępniają nam mieszkanie. Chcemy tylko się wykąpać i odpocząć. W przypadku Couch surfingu udostępniający mieszkania są raczej osobami rozrywkowymi i imprezowymi. Zależy im na wspólnym spędzaniu czasu. To nie zawsze się sprawdza podczas takich wypraw.

Droga rowerem do Paryża
Droga rowerem do Paryża

Podoba Ci się ten odcinek? Posłuchaj też o dalekich podróżach Piotra Budzyńskiego.

Ostatecznie, po próbnych jazdach, zdecydowaliśmy się zabrać przewózką a, że mieliśmy startować z Legnicy około 100 km od granicy to przy pomocy przewozówki zabraliśmy rowery i bagaże. Tak trafiliśmy do Zgorzelca. Skończyło się to w ten sposób, że dojechaliśmy bez problemu, ale kierowca przywiózł nas od razu na niemiecką stronę. Tłumaczyliśmy mu że nie, że musimy wystartować z Polski więc zawróciliśmy. Dotarliśmy z powrotem do mostu w Zgorzelcu i tam wystartowaliśmy. Nie zależało nam na tym, aby jechać z Niemiec ale z Polski. Co prawda przez Polskę przyjechaliśmy tylko kilkadziesiąt metrów, ale tam wjechaliśmy na most.

Piotr: Który odcinek trasy z waszej perspektywy był najciekawszy?

Łazik: Gdybym miał polecić najciekawszy odcinek całej naszej podróży po pod względem wizualnym byłaby to zdecydowanie Dolina Renu. Jest to świetne miejsce. Jedzie się bardzo wygodną ścieżką rowerową, równą, bez podjazdów i zjazdów. Jedzie się wzdłuż rzeki, między górami. Na każdym zakręcie pojawia się widok na kolejny stary zamek. Jest to bardzo przyjemny i łatwy kawałek trasy. Jest to właściwie trasa dla każdego, można ją pokonać bez wysiłkowo. Jedynym problemem jest to, że ciężko tam nocować na dziko. Trzeba pogodzić się z tym, że czasami nocleg musi się odbyć na niemieckim kempingu, który jest niespecjalnie tani. Jeśli jednak kogoś stać na to, aby podczas wycieczki spać na kempingach, to jazda w Dolinie Renu jest naprawdę świetna i gorąco ją polecam.

Zamek we Francji
Zamek we Francji
Piotr: Jak ta wasza podróż wyglądała, z czym się zmaga liście?

Łazik: Nie mieliśmy szczegółowych map. Mieliśmy tylko atlas samochodowy na Europę i aplikację GPS na Androida. Tak naprawdę tej aplikacji używaliśmy tylko w razie konieczności przejazdu przez miasto, ponieważ musieliśmy oszczędzać baterie. Między miastami przejeżdżało się w miarę łatwo. Najtrudniej było wjechać do miasta, znaleźć nocleg i wtedy nawigacja się przydawała. Niestety, ani w atlasie, ani w tej aplikacji nie mieliśmy pokazanych wzniesień. Co prawda w tym atlasie widać było pewne duże góry, ale tylko te największe. Pewnego dnia zbliżaliśmy się do miasta Kamenz w Niemczech. Spotkaliśmy jadącego z naprzeciwka rowerzystę, podróżnika. Był takim klasycznym zarośniętym podróżnikiem. Widać było, że ma olbrzymie doświadczenie. Podczas takiej podróży czymś zupełnie normalnym są pozdrowienia, rozmowy ze spotkanymi podróżnikami. Nasz rozmówca chyba szybko zorientował się że jesteśmy początkujący, spytał nas, czy jesteśmy w takiej podróży po raz pierwszy i chyba też zadziałało to, że powiedzieliśmy mu że jedziemy do Kamenz. On jechał z tamtej strony i wiedział jak to wygląda, dał nam wskazówki gdzie możemy przenocować w bardzo interesującym klasztorze. W ogóle bardzo dobrym patentem na w miarę tanie nocowanie jest korzystanie z kwater dla pielgrzymów. Jeśli poruszamy się w okolice ścieżek Jakubowych, szlaków pielgrzymowania, taki nocleg będzie łatwo znaleźć. Aby korzystać z takiej formy noclegu nie trzeba być osobą wierzącą, praktykująca. Każdy może przyjechać i poprosić o nocleg. Później wielokrotnie w takich miejscach nocowaliśmy, ale wracając do naszej historii… Miasto, do którego jechaliśmy bardzo nas zaskoczyło. Zbliżając się do obrzeży miasta włączyłem GPS, najpierw nawigacja prowadziła nas w dolinę. Zjazd był tak stromy że nie dało się zjechać z przyczepką. Musiałam więc odpiąć przyczepę i zjechać rowerem, wspiąć się pod górę i stoczyć przyczepę. Kiedy wszystko z powrotem wspięliśmy okazało się że przed nami jest wściekły podjazd. Jechało się coraz ciężej więc zdecydowaliśmy się zostawić na chwilę rowery i pójść na piechotę. Sprawdziliśmy jak długa jest droga przed nami. Kiedy zobaczyłem ilość wzniesień wiedziałem, że nie dam rady tam wjechać i musimy zawrócić. Ominęliśmy więcej miasteczko szerokim łukiem aby jechać po terenie w miarę równym. Jakoś udało nam się stamtąd wydostać.

Parę dni po tej przygodzie spotkaliśmy starsze małżeństwo i od nich dowiedzieliśmy się że w zasadzie do samego Dortmundu, bo w tamtym kierunku chcieliśmy jechać, będzie już płasko. Potem śmialiśmy się, że pojęcie Niemców na temat nachylenia terenu jest dziwne. Na naszej trasie były olbrzymie wzniesienia praktycznie co chwilę. Zakładam że wynikało to z tego, że jadąc samochodem takie wniesienia odczuwa się zupełnie inaczej niż jadąc rowerem Zwłaszcza jeśli rowerem jedzie się z sakwami, przyczepką i nie ma się kondycji. Po jakimś czasie spotkaliśmy kolejnych Niemców, wyrobionych rowerowo. To były dwie rodziny, trochę szalone, ale bardzo fajne. Bardzo dużo podróżowali na rowerach i powiedzieli nam, w jaki sposób należy jeździć rowerem przez Niemcy. Tam jest tak, że wzdłuż każdej większej rzeki jest zrobiona naprawdę świetna, równa droga rowerowa i tymi drogami można spokojnie dojechać prawie bez wysiłkowa prawie do samej Francji.

Zamek w dolinie Renu
Zamek w dolinie Renu
Piotr: Co było z waszej perspektywy największą lekcją?

Łazik: Nie wiedzieliśmy ile damy radę codziennie przyjechać, jak bardzo całą jazdę utrudni nam pogoda, ukształtowanie terenu i w jakim stopniu nam wystarczy pieniędzy. Myśleliśmy też, że może uda nam się po drodze dorabiać aby tę podróż kontynuować. Kiedy wyjeżdżaliśmy na dwie osoby mieliśmy w kieszeni 80 €. Było to trochę hardcorowe. Nie mieliśmy też zupełnie kondycji. Co prawda staraliśmy się jeździć trochę przygotowawczo po naszej okolicy, ale to w żaden sposób nie odnosiło się do tego jak jechaliśmy już później. 

Jeździliśmy z nie pełnym obciążeniem i w ten sposób trudno było się przygotować na to, co nas czekało. W końcu znajomy powiedział, że nie ma sensu teraz wyrabiać sobie kondycji. Kondycję wyrobimy sobie po drodze. No i faktycznie tak było. W końcu wsiedliśmy na rower i faktycznie pojechaliśmy.

Sam początek również nie był bezproblemowy, ponieważ przygotowania trochę nam się przeciągały. Myśleliśmy, że przygotujemy się w miesiąc, to było kilka lat temu więc nie było tanich power banków i wielu gadżetów rowerowych a potrzebowaliśmy takiego zasilania. Kombinowaliśmy z akumulatorami, panelami słonecznymi i powstawały nam bardzo dziwne konstrukcje. Ostatecznie wyjechaliśmy trzy miesiące po tym jak wpadliśmy na ten pomysł. To był koniec sierpnia więc jednej strony fajnie, ponieważ skończyły się upały. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że idzie jesień no i pogoda może być kapryśna. Może być zimno w nocy a my nie mieliśmy jakichś dobrych jakościowo śpiworów, sprzętu turystycznego. Nie zniechęciło nas to i mimo wszystko postanowiliśmy pojechać.

rower z sakwami
rower z sakwami
Piotr: Co było dla was największym zaskoczeniem?

Łazi: Równa nawierzchnia tak naprawdę wszędzie. Już, kiedy wjechaliśmy na most dzielący Polskę z Niemcami. Już tam zaczęła się równa droga, gładka powierzchnia cały czas. Drugim bardzo brutalnym zaskoczeniem były góry. Do tej pory, jeśli gdzieś z Dorotą jeździmy i widzimy jakiś podjazd w to jesteśmy zmęczeni od samego patrzenia. Tak bardzo nam się to wryło w psychikę, skojarzenie podjazdu z totalną masakrą.

Piotr: Pytam o zaskoczenie, ponieważ chciałem się dowiedzieć co było taką największą przygodą. Przytrafiło wam się coś niebywałego?

Łazi: Przygód tak naprawdę mieliśmy całą masę, chociażby takie związane z noclegiem. Pomijając gościnne spanie u ludzi, bo takich noclegów mieliśmy najmniej, większość to były jednak noclegi na dziko. Przez dwa dni spaliśmy pod mostem, ponieważ pogoda była taka że nie dało się jechać. Rozbiliśmy namiot pod mostem i tam spędziliśmy dwa dni. Spaliśmy też w drewnianych wiatach, we wnęce w murze między winnicami. To było w okolicy Renu. Ciężko było się tam dostać, ale kiedy już się dostaliśmy to miejsce bardzo mocno nas zaskoczyło. To było miejsce oznaczone jako schronienie przed deszczem, ale była to dosłownie w nęka w kamiennym murze. Zmieścił się tam namiot, zmieściły się rowery i tam spędziliśmy noc. Kolejny poranek przywitał nas najpiękniejszym widokiem, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. To było niesamowite miejsce, w którym wypiliśmy poranną kawę.

Piotr: Jak długo wam ta podróż zajęła. Interesują mnie konkretne dane. Kilometry, dni, pieniądze.

Łazik: Naszą podróż rowerową skończyliśmy w Paryżu i zajęło nam to jakieś pół miesiąca z przerwami powodowanymi pogodą. Tak jak mówiłem, zdarzało nam się spędzić dwa dni pod mostem. U jednej dziewczyny, podróżniczki zostaliśmy przez tydzień czekając aż poprawi się pogoda. W sumie pokonaliśmy 2235 km od mostu w Zgorzelcu do Paryża. Jechaliśmy na tanich rowerach z tanim sprzętem, z bardzo ograniczonymi możliwościami finansowymi. Nie mieliśmy też profesjonalnej wiedzy rowerowej, mieliśmy tylko zapał i kierowała nami chęć przeżycia przygody. Mieliśmy za to bardzo dużo okazji do improwizacji. Jeśli coś się rozsypywało to naprawialiśmy to drutem i jechaliśmy dalej. Dało się tak dojechać do Paryża. W Paryżu porzuciliśmy rowery. Całą naszą podróż zakończyliśmy dopiero po dziewięciu miesiącach, ale to już jest zupełnie inna historia, to już nie jest historia rowerowa.

Piotr: Trzymając się więc tej historii rowerowej, o co pytają twojej znajomi, kiedy opowiadasz o tej podróży?

Łazik: Ludzie zawsze pytają o to, jakie robiliśmy dziennie odległości, jaki mieliśmy średnie tempo. Trudno na takie pytania odpowiedzieć, ponieważ było bardzo różnie. Najkrótszy odcinek, który przyjechaliśmy miał 17 km najdłuższy miał 96 km. Paradoksalnie ten najkrótszy odcinek wykończył mnie najbardziej. Zakończyłem tę trasę w bardzo złej kondycji. To był sam początek podróży i zaliczyłam wtedy bardzo mocno fizyczny kryzys. Dojechałem z takim poczuciem, że mam straszną grypę. Bardzo źle się czułem. Prowadziliśmy też wideo bloga więc nagraliśmy wiele informacji o tym, że przyjechaliśmy tak mało a czuję się tak źle. Wtedy właśnie człowiek, którego jeszcze nie znałem, poznaliśmy się dopiero później i później się zaprzyjaźniliśmy, Michał dał mi cenną radę. Michał, o którym mówię jest ratownikiem medycznym i podpowiedział nam wtedy, że powinniśmy sobie robić Izotoniki. Piliśmy po prostu wodę a woda tak naprawdę nie nawadnia. Przelewa się przez organizm człowieka i najlepiej jest ją z czymś mieszać aby tę wodę przyswajać lepiej. Powiedział, że wystarczy wymieszać wodę z solą i miodem. To nam naprawdę uratowało życie, bo z wieloma rzeczami można sobie poradzić, powiązać na sznurki i pojechać dalej, ale jeśli organizm się podda, bo będzie odwodniony to już się dalej nie pojedzie.

Piotr: Masz zupełną rację jak najbardziej się zgadzam ale powiedziałeś magiczne słowo rower. Co z tym rowerem? Czego dowiedziałeś się na temat swojego sprzętu, jaki miał być podejście jadąc taką trasę jeszcze raz?

Łazik: Gdybym miał jechać jeszcze raz to nadal bym stawiał na tani sprzęt który sam sobie po składałam i wiem jak on działa. Wiem jak go naprawić. Wolę taki sprzęt, bo np. nie lubię przerzutek wewnętrznych. Nie wiem jak samemu takie przerzutki naprawić. Jeśli stanę gdzieś w terenie i nie umiem naprawić roweru pozostaje mi jedynie go prowadzić . Taki obładowany rower jest trudny nawet wprowadzeniu i nie wyobrażam sobie tego. Dlatego lubię umieć naprawić mój rower. Wtedy naprawdę łatwo jest coś zaimprowizować czy trytkami, czy kawałki drutu. Z drogim sprzętem nie dojrzę pewnie bałbym się a utratę gwarancji że kasę na części Bo każdy element tego roweru byłby drogi. W razie usterki musiałbym więc kupować drogi sprzęt i nie wiedziałbym jaki sposób sam go złożyć. Ta samodzielność jest bardzo istotna.

Piotr: Rowery oprócz tego, że magiczne to jednak cały czas nie są wszystkim. Czy możesz nam powiedzieć coś na temat ekwipunku, który mieliście?

Ładziak: Teraz zabrałbym o wiele mniej rzeczy. Uczyłem się nie tylko jeździć na rowerze, ale po tej wyprawie zaczęłam interesować się bardziej rzeczami outdoorowymi np. Bushcraftem. Zdecydowanie mniej rzeczy potrzebowałbym teraz do przetrwania nocując na dziko niż zabrałem wtedy.

Piotr: Chciałbym abyśmy teraz się przenieśli w czasie do momentu kiedy zaczęliście się przygotowywać do wyjazdu. Jak się do tej wyprawy przygotowywaliście.

Łazik: Chcieliśmy przygotować się w miesiąc, ale wyzwaniem było kompletowanie sprzętu. Mieliśmy bardzo ograniczony budżet, ale sprzedaliśmy trochę sprzętu fotograficznego. Mieliśmy go niemało, wielu rzeczy już nie potrzebowaliśmy. Za te pieniądze kupiliśmy dwa rowery, nie jakieś wypasione. Doroty rower kosztował 1000 zł nówka, ja kupiłam używany za 900 zł. Do tego kupiliśmy Chińską jednokołową przyczepkę za jakieś 170 zł, szybko rozkładające się namiot też za mniej niż 200 zł. Największym wydatkiem była chyba kuchenka turystyczna, ponieważ zdecydowaliśmy się na kuchenkę benzynową za jakieś 350 zł. Nie wiedzieliśmy jakie gazy będą dostępne dlatego chcieliśmy kuchenkę benzynową. Do tego doszły sprzęty serwisowe takie jak dętki czy łatki. Zestawy narzędzi rowerowych. Mieliśmy też trochę sprzętu biwakowego takiego jak karimaty, śpiwory, menażki. To wszystko były rzeczy niemarkowe, tani sprzęt z internetu albo z demobilu, bo korzystaliśmy też z rozwiązań wojskowym. Przeważnie są to rozwiązania bardzo tanie a sprawne. Warto na coś takiego rzucić okiem planując wyprawę.

Piotr: Dziękuję ci za rozmowę. Daje ona nadzieję na to że nie trzeba mieć olbrzymiego budżetu aby wybrać się w podróż.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

2 comments on “2235km z mostu w Zgorzelcu do Paryża